Posty

42. „Przyzwyczaić nie znaczy pokochać.”

~Perspektywa Georgre'a.~                    Szedłem razem z Rose, przez zakamarki Hogwartu. Nie dawała mi spokoju i ciągle wypytywała, co szykuję. To głupie i wiadome, że się nie dowie... nie teraz. - Nie powiem Ci, Słońce. - Uśmiechnąłem się. - George... - Podskoczyła zdenerwowana. Zaśmiałem się lekko i chciałem ją pocałować. Niestety na marne. Skrzywiła się i przyśpieszyła kroku. W pewnym momencie chwyciłem ją za rękę i odwróciłem. Uśmiechnąłem się najszczerzej i najsłodziej, jak tylko potrafiłem. Przyciągnąłem ją bliżej do siebie i delikatnie ucałowałem w czoło. Gdy popatrzyłem się znowu na nią odwzajemniła uśmiech. Później zacząłem pocierać nosem o jej nos, czyli robić tak zwane „noski eskimoski”. Zaczęła się śmiać. - Wytrzymasz? - zapytałem. - Raczej tak. Ale następnym razem nie uprzedzaj mnie, że masz dla mnie niespodziankę. Zasalutowałem jej. Chwyciła mnie za rękaw i podniosła się na palcach. Cmoknęła mnie w ...

41. „Tracisz spokój, przez miłość, zyskując równowagę.”

                             Zawsze mogło mi się przewidzieć. W końcu jego twarz mignęła mi tylko na chwilę. Jednak oszołomienie nie schodziło z mojej twarzy, ale oderwałam od niego myśli. Poszukałam wzrokiem George'a, jego ciepły i pełen miłości uśmiech, odgonił ode mnie najgorsze możliwości. Kiedy wróciłam do świata żywych, nie zwróciłam nawet uwagi, że landryna przemawia. - Dzieciaczki, jak już wspomniałam, nowi uczniowie są wybrani przez Ministerstwo. Będą się z nami uczyć już do końca roku szkolnego. Teraz pani McGonagall przyniesie Tiarę Przydziału. Zobaczymy do jakich domów trafią nowo przybyli. - Klasnęła w dłonie, a nauczycielka wyczarowała okrycie głowy. - Co do... Już początek roku szkolnego? Chciałem sobie jeszcze pospać... - zaczęła. Nie dane jej było skończyć, bo Minevra wyczytała już imię pierwszej uczennicy: Kora Nels. „Jak ja mogłam to przeoczyć.” Ofuknęłam się w myślach... Skupi...

40. „Zbliża się dzień, w którym nasi wrogowie, stają się naszymi najlepszymi przyjaciółmi.”

                        Po krótkiej chwili, Carmen dostała olśnienia. - Mówiłaś, że dostałaś jakieś dziwne pudełko od Jessici. Możesz je wykorzystać. Powiedzieć, kto jest Wybrany i mieć to z głowy. Zostawią cię w spokoju. - Pudełko zniknęło z momentem śmierci Tratona, tak samo jak pakt. Ale zawiadomienie ich, to nie głupi pomysł. Łatwo wyczarować pergamin z paktem. - Co? - zapytała. - Nie słyszałaś? - Uśmiechnęłam się i położyłam centralnie koło niej. - Przecież jest koło ciebie. Słuch ci pada? Zaczęłam się śmiać, a Carmen zrzuciła mnie z łóżka. - Wróciłaś – oznajmiła z błyskiem szczęścia w oku. - Nigdzie nie odeszłam. A pergamin z paktem, to wymysł Tratonów. Nauczył mnie go Rafael. Polega na zapisywaniu, połowy listu widocznego dla wszystkich. Kolejną część, widzi się, gdy wyrazi się zgodę... na tak jakby żądania. - To na co czekasz? Pokręciłam głową w geście politowania i chwyciłam za różdżkę. A kiedy...

39. „A co jeśli osoba, którą kocham, jest tym samym człowiekiem, którego powinnam nienawidzić?”

~ Wracając do czasów, gdzie historia ma swój początek.~ -  Puszczajcie mnie! Natychmiast! Nic wam nie zrobiłam! - krzyczałam, ale to nie skutkowało. W sumie... co się dziwić. Jessica i Mikael totalnie mnie zignorowali. Nie odpowiadali na żadne pytanie. W końcu dałam sobie spokój i pozwoliłam, żeby ciągnęli mnie przez ulice miasta. Przecież nic innego nie mogłam zrobić. Szarpanie się, krzyczenie, czy próby ucieczki, nie dość, że żałośnie wyglądały, to i nigdy nie przynosiły zamierzonego celu. Większy pożytek dla wszystkich zrobiłam, kiedy zaczęłam obserwować.                    Szliśmy, dość wolnym krokiem. Dla przypadkowego, ciekawskiego oka, mogłoby to się wydawać normalną wieczorną przechadzką z rodzicami. Oboje byli po 30, więc idealnie nadawali się do tej roli. No może jakby mieli serce... Co prawda mężczyzna wyglądał jak mutant, ale w Londynie nie sprawiał tym, żadnej nowości. Jednak nikt, z taką twarzą nie wychodzi...